Puchar Świata 2017


Rafał Sonik rozpoczął walkę o siódmy w karierze Puchar Świata w Abu Zabi, a zakończy ją w Maroku. Walka na trzech kontynentach trwa od kwietnia do października.

Abu Zabi

Po udanym, wspólnym Rajdzie Dakar, Rafał Sonik i Kamil Wiśniewski ponownie połączyli siły. Tym razem biało-czerwony duet stanął na starcie Abu Dhabi Desert Challenge, stawiając sobie za cel walkę o zwycięstwo w tych prestiżowych zmaganiach. Bliski osiągnięcia celu był bardziej doświadczony z quadowców, ale awaria skrzyni biegów przekreśliła jego szanse.

Sonik i Wiśniewski dobrze przygotowali się do kolejnego wspólnego startu. Polacy trenowali przez kilka dni na pustyni w Emiratach. – Przygotowywaliśmy się na obszarze położonym około 100 km od Dubaju. Pustynia jest tu piękna, wydmy cudowne, a na dodatek mieliśmy szczęście, ponieważ przed naszym przylotem padał deszcz, więc nawierzchnia była względnie twarda i dawała sporo frajdy z jazdy.

Na prologu dwóch naszych reprezentantów rozdzieliła zaledwie sekunda, ale już kolejnego dnia Kamil Wiśniewski zameldował się na mecie z najlepszym czasem. Rafał  Sonik stracił do niego pół godziny… – – Na tankowaniu obsługa zamiast z cysterny nalała mi paliwo z bańki. Ta musiała być brudna, ponieważ już po kilku kilometrach zapchały się filtry, przegrzała pompa i quad odmawiał posłuszeństwa. Musiałem co chwilę stawać. Zużyłem cały zapas wody na silnik, więc na mecie byłem kompletnie odwodniony.

Krakowianin, po konsultacji z sędziami odzyskał stracony czas  i tym samym na czele rajdu znalazło się dwóch Polaków. W kolejnych dniach Biało-Czerwoni odpierali ataki Kuwejtczyka Fahida Al-Musallama oraz  Keesa Koolena – Holendra jadącego na nowym, szybkim i niemal niezawodnym quadzie własnej konstrukcji.

Walka trwała do przedostatniego etapu, kiedy Honda Sonika uległa awarii. Początkowo obrońca Pucharu Świata miał nadzieję, że to usterka półośki, na której naprawę jest zawsze przygotowany. Niestety, kiedy zsiadł z quada , zobaczył, że fragment silnika leży na piasku, a zębatki w skrzyni biegów są zupełnie zmielone. – Kamil nie mógł mi pomóc, więc kazałem mu jechać dalej, żeby walczył o swój wynik. Kolejnego dnia zaliczył wywrotkę, ale ostatecznie dotarł do mety na drugim miejscu, z czego bardzo się cieszę – komentował Sonik.

– To był mój 176. etap w Pucharze Świata. Wszystkie poprzednie ukończyłem, więc statystycznie taka sytuacja mogła się wydarzyć. Jest to rzadkie, ponieważ nie modyfikuję silników, dzięki czemu nie są one narażone na dodatkowe obciążenia. Awaria była więc zaskoczeniem. Frustrującym zaskoczeniem, ponieważ prawie wygrany rajd muszę uznać za przegrany. Na szczęście jestem na mecie i zdobędę punkty do klasyfikacji, jednak ich liczba sprawia, że moja sytuacja w tym roku będzie bardzo trudna. Zdaję sobie sprawę, jak niesamowitym, kolosalnym wręcz wyzwaniem będzie wygranie tegorocznego cyklu – mówił sześciokrotny zdobywca Pucharu Świata.

Katar

Na starcie Rajdu Kataru Rafał Sonik miał tylko jeden cel – zwyciężyć i odrobić straty w Pucharze Świata. Tym razem nie towarzyszył mu Kamil Wiśniewski, który doznał urazu ręki na ostatnim etapie Abu Dhabi Desert Challenge i musiał zrezygnować ze startu w drugiej rundzie cyklu. Osamotniony mistrz stanął na wysokości zadania, wygrał rywalizację i awansował na pozycję lidera klasyfikacji generalnej.

Największą niewiadomą jest dla mnie zachowanie Yamahy pośród kamieni i głazów, które zalegają na tej pustyni. Startowałem tutaj już pięciokrotnie, ale za każdym razem na Hondzie, z którą muszę się już pożegnać. Przyszedł czas na zmianę, więc choć jako jedyny w stawce mam za sobą tyle startów w Katarze, to nie czuję się z tego powodu faworytem – mówił na starcie krakowianin, który trzykrotnie stawał na najwyższym stopniu podium Qatar Cross-Country Rally.

W labiryncie katarskich ścieżek, które co roku zwodzą zawodników, ostra walka zaczęła się od pierwszych kilometrów. Na twardej, kamienistej i niebezpiecznej pustyni, gdzie tylko najlepsi nawigatorzy są w stanie utrzymać dużą prędkość, zachowując minimalny margines bezpieczeństwa, największym rywalem Polaka okazał się Peruwiańczyk Alexis Hernandez.

Niebezpieczeństwa czyhały jednak nie tylko na odcinkach specjalnych. Na drodze dojazdowej do biwaku i zwężeniu trzypasmowej autostrady, w bok quada Sonika uderzył samochód, zjeżdżający z kończącego się pasa. Czterokołowiec odbił się na prawo, uderzając znów bokiem kół w drugi samochód, a następnie ponownie w pierwsze auto. – Zrobiło się gorąco. Kierowca myślał, że zmieści się między mną i barierą… Alexis jechał za mną i wszystko widział. Mówił, że miałem wielkie szczęście, bo jechaliśmy z prędkością 80 km/godz. więc równie dobrze mogło się to skończyć tragicznie… – przyznał z ulgą zawodnik.

To jednak nie był koniec przygód. – Na około 120 km przed metą trzeciego poczułem chrupnięcie po prawej stronie. Przednie koło przemieściło się do przodu i pozmieniały się kąty zawieszenia. Byłem niemal pewien, że urwałem drążek kierowniczy, albo zwrotnicę, ale okazało się, że to wahacz – relacjonował quadowiec.

Według analizy mechaników, koło przy dużej prędkości uderzyło w wystający głaz lub kamień. W wyniku uderzenie wahacz wyrwał się z zaczepów. Krakowianin musiał zamocować go prowizorycznie trytytkami, by móc kontynuować rywalizację. – Nawigowałem tak przez ponad 100 km. Musiałem bardzo uważać, bo każdy, następny większy wstrząs mógł skończyć się urwaniem całego przedniego zawieszenie i w rezultacie nie tylko nie dotarłbym do mety, ale prawdopodobnie przeleciałbym też przez kierownicę.

Podczas gdy Polak przesuwał się z maksymalną prędkością 50 km/godz., za jego plecami, Kees Koolen borykał się ze skomplikowaną nawigacją. Z kolei na czoło całego rajdu wysunął się Alexis Hernandez, który pewnie jechał po etapowe zwycięstwo i pozycję lidera. Los okazał się jednak przewrotny. Na około 10 km przed metą, miał awarię, która „wysadziła” go z quada. – Zobaczyłem wszystkie gwiazdy – relacjonował potem Peruwiańczyk, którego Rafał Sonik minął, kiedy ten długo dochodził do siebie.

Obaj zawodnicy spotkali się na biwaku, a wicelider zmagań nie krył łez zawodu, ponieważ stracił zwycięstwo i pozycję lidera. Tę do mety dowiózł Polak, który został tym samym liderem Pucharu Świata, ale z zaledwie z jednopunktową przewagą nad Alexisem Hernandezem.

Sardynia (poza cyklem PŚ)

Ulubiony rajd sezonu Rafała Sonika znalazł się w tym roku poza cyklem Pucharu Świata. To nie oznaczało jednak, że Polak zamierzał z niego rezygnować. Stawił się na starcie, tradycyjnie na Yamasze 450, a po raz kolejny towarzyszył mu Kamil Wiśniewski – tym razem na ciężkim Can-Amie. Obaj quadowcy stanęli na podium, choć Sonik prosto z dekoracji pojechał do… szpitala.

– Mówi się, że najtrudniejszym nawigacyjnie rajdem w roku jest Qatar Rally. Tam jednak mamy wśród urządzeń nawigacyjnych GPS, na którym co jakiś czas „otwiera się waypoint” i pokazuje się strzałka. Tutaj, w labiryncie górskich, przedeptanych i niemal identycznych ścieżek nie ma waypointów, więc o błąd jest bardzo łatwo – mówił bardziej doświadczony z Polaków.

Głównym rywalem polskiego duetu już trzeci rok z rzędu był Sebastien Souday. Francuz doskonale zna specyfikę sardyńskich tras i od początku narzucił mocne tempo. Jak zawsze jechał na granicy ryzyka, ale mimo to Rafał Sonik trzymał się wciąż kilka minut za nim, nie przestając naciskać. Ostatecznie jednak Souday utrzymał pozycję, ponieważ krakowianin, na ostatnim etapie doznał wypadku…

Rafał Sonik, zbliżając się do mety oesu znalazł się na skalistym wirażu. Przy prędkości 80 km/godz. zdarta, tylna opona jego quada nie utrzymała się na drodze pokrytej drobnym żwirkiem i wpadła do niewielkiego rowu. Zawodnik wyleciał w powietrze, a jego pojazd kilka razy rolował. – To był bardzo śliski zakręt i miałem mnóstwo szczęścia, bo na tym podłożu mogło skończyć się znacznie gorzej. Dobrze, że kilkanaście minut później przyjechał Kamil. Bez niego trudno byłoby się stamtąd ruszyć – relacjonował.

– Kiedy podjechałem, Rafał siedział przy drodze, a dużo dalej leżał zrolowany, rozbity quad. Nie czuł się najlepiej i był mocno poobijany. Podjechałem do jego Yamahy. Nie wyglądała zbyt dobrze: kierownica pogięta, rozbita nawigacja, pokrzywiona kolumna, zgięta tylna oś. Udało nam się go postawić na koła i doprowadzić do stanu, w którym mogłem go doholować do mety oesu – opowiadał Kamil Wiśniewski.

Na mecie odcinka czekał już serwis, który dokonał szybkich napraw. Następnie obaj Polacy ruszyli w kierunku mety. Na rampie kończącej rajd, dwóch Polaków razem świętowało wspólny sukces. Rafał Sonik z ogromnym grymasem bólu odebrał trofeum i podkreślił, że dotarł do mety swojego siódmego startu na Sardynii tylko dzięki Kamilowi. – Zachował się jak prawdziwy przyjaciel! Jestem mu niezmiernie wdzięczny!

Obrażenia na szczęście okazały się niegroźne. Jedno złamane żebro i mocno potłuczone kolano wymagają rehabilitacji, ale wszystko wskazuje na to, że 12 sierpnia „SuperSonik” po raz trzeci podejmie wyzwanie w Atacama Rally.